愛日本者の目で見る日本

poniedziałek, 7 lipca 2014

Miłość na sprzedaż czyli jak młody samuraj zostaje gejszą

Spacerując wieczorową porą jedną z klimatycznych, tokijskich uliczek w dzielnicy Shinjuku, widzę rozpromienioną parę. On młodszy, dosyć nieporadnie próbuje udawać nonszalanckiego gentlemana, ona nieco starsza, rozentuzjazmowana, niemal wisząc mu na ramieniu, zasypuje go lawiną słów, przerywanych dziewczęcym śmiechem. Nie jest to typowa, japońska para. Wszystko się wyjaśnia w momencie, gdy oboje wchodzą do jednego z tutejszych host clubów.

Ostatnie dwie dekady zostawiły na japońskim społeczeństwie bardzo wyraźny ślad. Gdy z końcem lat 80. XX wieku pękła zapewniająca dobrobyt i bezpieczeństwo dozgonnego zatrudnienia japońska bańka ekonomiczna, zaczęły też pękać dotąd nienaruszalne struktury społeczne. Spadła liczba zawieranych związków małżeńskich oraz urodzin. A wszystko dlatego, że japońscy mężczyźni zaczynają coraz częściej mieć dość odgrywania roli jedynych żywicieli rodziny, spędzania całych dni w pracy, a kobiety bycia schematycznymi gospodyniami domowymi, poświęcającymi całe życie na wychowywanie dzieci i zajmowanie się domem.

Natury jednak nie da się oszukać. Rosnąca liczba niezależnych finansowo singielek potrzebuje uczuć, a jeśli nie odnajduje ich w związkach, szuka ich na niemającym sobie równych, japońskim rynku usług towarzyskich. To właśnie tutaj, bardzo młodzi, dziecinnie gładcy, mili młodzieńcy, za odpowiednią kwotę, obdarzają japońskie kobiety symulowanymi uczuciami, których te tak bardzo pragną.

Dwa typy mężczyzn


Współczesne Japonki zdają się być rozdarte pomiędzy pragnieniem obcowania z dwoma ideałami mężczyzny: szarmanckim, czasami nawet nieco dzikim, obcokrajowcem, a delikatnym, zamkniętym w sobie Japończykiem, który zdobędzie jej względy naturalnością i szczerością swojego serca. Są to oczywiście bardzo ogólne, niemal karykaturalne schematy myślenia współczesnych Japonek, ale obserwując jak rozwijało się to społeczeństwo w drugiej połowie XX wieku, nie sposób im zaprzeczyć. – Bo widzisz, Pabeu-san – tłumaczy mi moja japońska przyjaciółka, która dzięki temu, że dużą część swojego życia spędziła za granicą, jest w stanie swobodnie rozmawiać na tematy dotyczące japońskiego społeczeństwa. – To wygląda mniej więcej tak, że z jednej strony Japonki, choć wychowywane w przeświadczeniu, że powinny być delikatne i uległe, tak naprawdę są w głębi duszy takimi samymi kobietami jak wszystkie inne i pragną partnera, który się przed nimi otworzy, tak jak one przed nim – tłumaczy, popijając doskonałą, japońską herbatę. – Z drugiej jednak strony, o ile obcokrajowcy z ich punktu widzenia ucieleśniają te pożądane cechy, to jednak generalnie ideałem męża nadal pozostaje ten stonowany, uczciwie pracujący na rodzinę, japoński mężczyzna. Są więc w pewien sposób rozdarte pomiędzy dwoma światami, a chłopcy z host clubów stają się uniwersalnym rozwiązaniem, łączącym w sobie oba elementy. Japoński przemysł rozrywkowy bardzo szybko reaguje na wszelkie zmiany.


Sprzedajemy marzenia


Patrzę na siedzącego przede mną młodzieńca, ledwie dwudziestojednolatka, który wygląda raczej jak nieco niechlujnie przebrany naprędce w kosztowny garnitur piętnastolatek. Oto natura Japończyków, zawsze wydają się o wiele młodsi, niż wskazuje na to ich wiek, przynajmniej z punktu widzenia nas, obcokrajowców z zachodniej części świata. To nie tylko kwestia diety i genów, ale i dojrzałości emocjonalnej.

Chłopak wyciąga z kieszeni wytrenowanym gestem złotą zapalniczkę i z równie teatralnie sztywną, acz perfekcyjnie wytrenowaną manierą, zapala papierosa. Mam wrażenie, jakbym oglądał przedstawienie i faktycznie, tak właśnie jest. Wszystko, co robią ci chłopcy w tokijskich host clubach, to jedno wielkie przedstawienie i oni temu nie zaprzeczają. – Nie ukrywamy, że sprzedajemy marzenia – mówi mi jeden z nich, wypuszczając powoli dym, niczym gwiazda złotego ekranu lat trzydziestych. – Cała sztuka polega na tym, aby stworzyć iluzję w którą ona uwierzy – wyjaśnia bez skrępowania. – Nie można mieć do nas o to pretensji, bo sprawa jest jasna od samego początku, tyle że my nie możemy o tym zbyt otwarcie rozmawiać z naszymi klientkami, bo to zniszczy iluzję. To swoisty rodzaj gry, na który godzą się wszyscy zainteresowani – uśmiecha się z satysfakcją. – Wszystko opiera się na subtelnej równowadze, chodzi o to, aby dać to, czego oczekuje klientka, ale jednocześnie pozostawić swoisty niedosyt z mglistą obietnicą, że następnym razem dostanie więcej i dokładnie to, czego pragnie. Dzięki temu wracają – uśmiecha się, wypuszczając kolejną chmurkę dymu. – Tak to działa – dodaje, wzruszając ramionami.

Mogłabym się dla niego zabić


Żeby pełniej zrozumieć zjawisko japońskich host clubów dla kobiet, spotykam się z jedną z klientek. Niełatwo było do niej dotrzeć, bo Japonki niechętnie mówią o takich sprawach. Jednak dzięki wielotygodniowej pomocy moich japońskich przyjaciół, siedziałem teraz w jednej ze stylowych kafejek naprzeciwko dwudziestodziewięcioletniej mieszkanki stolicy Japonii, która obracając ozdobną filiżankę wypełnioną czarnym, aromatycznym naparem, wpatrzona w nią ślepym spojrzeniem, nieśmiało próbowała ubrać w słowa swoje trudne do opanowania emocje. – Wiele razy powiedziałam mu, że nie mogę bez niego żyć, ale on nigdy nie odpowiedział na moje wyznania w jednoznaczny sposób – tłumaczy przyciszonym głosem. – On nie potrafi zrozumieć, że traktuję go poważnie, a nie jak kolejną przygodę – mówi bardziej do siebie niż do mnie, nie odrywając wzroku od filiżanki. – Ja naprawdę byłabym w stanie się dla niego zabić – mówiąc to po raz pierwszy tego wieczoru spogląda mi w oczy. Jej spojrzenie przez jedną sekundę powoduje, że czuję na karku mrowienie, bo w jej oczach widzę prawdziwą determinację. To oczywiście skrajny przypadek, choć na pewno nie jedyny. W niektórych przypadkach subtelna gra przekracza granice i do głosu wkraczają emocje nad którymi często trudno zapanować. – Boleję nad tym, że nie mogę widzieć go codziennie, bo usługi hostów są bardzo kosztowne – wyjaśnia ze smutkiem. – Wydaję na to większość moich dochodów.

Pieniądze i seks


Nietrudno się domyśleć, że w tym biznesie chodzi o duże pieniądze, ale nie każdy zdaje sobie sprawę, o jak duże. – Nie trzeba się specjalnie wysilać, aby zarobić trzydzieści tysięcy jenów w jeden wieczór – wyjaśnia mi młody host, odpalając kolejnego papierosa. – Bardziej doświadczeni potrafią wycisnąć nawet ponad sto tysięcy co wieczór – dodaje z uznaniem dla swoich bardziej doświadczonych kolegów. Nie trzeba być wybitnym znawcą, aby zrozumieć ten prosty przekaz. Ci młodzi chłopcy pracujący w klubach w Shinjuku są w stanie zarobić w kilka dni bardzo dobrą, miesięczną tokijską pensję. Nic więc dziwnego, że konkurencja jest spora, a czas pracy młodego hosta, bardzo krótki. – Rzecz polega na tym, aby zdać sobie sprawę, że to tylko czasowe zajęcie, a strumień pieniędzy nie będzie płynął wiecznie – dodaje jego starszy kolega, który dołączył do nas z opóźnieniem w środku rozmowy. – Jeśli jesteś mało przewidujący, przepuścisz je wszystkie, ale jeśli potraktujesz to jak inwestycję, po zakończeniu kariery jako host będziesz mógł przeznaczyć zebrane środki na otwarcie własnego klubu, a wtedy twoje zarobki mają szansę wskoczyć na jeszcze wyższy poziom – dodaje z powagą. W tym momencie nie mogę się powstrzymać i zadaję pytanie, które musiało zostać zadane. – To zależy – odpowiada jeden z moich rozmówców. – Seks to kwestia umowna – wyjaśnia. – Generalnie sprzedajemy tylko towarzystwo, flirt, bez kontaktów intymnych. Tu obowiązuje ta sama zasada co w wielu innych rodzajach klubów towarzyskich: czym bardziej ekskluzywny klub, tym większe zakazy obowiązujące w tej sferze. Są jednak kluby, które pozostawiają swoim hostom do pewnego stopnia wolną rękę i nieoficjalnie, poza klubami, możliwe są takie dodatkowe usługi. Przeważnie jednak zawsze robisz to na własne ryzyko. Nie po to przecież kobiety przychodzą do host clubów – wyjaśnia. – Tu chodzi głównie o uczucia. Sprzedajemy marzenia, nic więcej. Seks sprzedaje się gdzie indziej.

Dzieci w wielkim świecie


Siedząc tak i rozmawiając z tymi miłymi chłopcami, wciąż nie mogę wyrzucić z mojej głowy przeświadczenia, że rozmawiam z dziećmi. Zagubionymi dziećmi w zgiełku wielkiego miasta. Tryb życia jaki prowadzą, przypomina jedno wielkie młodzieżowe przyjęcie z przerwami na posiłek i sen. Gdy zapraszają mnie do swojego mieszkanka, które dzielą we trójkę, moje przypuszczenia zostają potwierdzone. Oto wkraczam do lokum pełnego niezaścielonych materaców, walających się po podłodze ubrań, kuchni pełnej niepodomywanych naczyń i resztek niedojedzonych posiłków. – Raz w tygodniu wynajmujemy zawodową sprzątaczkę – wyjaśnia. – Ma klucze i przychodzi w piątki po południu, gdy nas już nie ma, by doprowadzić mieszkanie do porządku. Dzisiaj jest już środa, więc chaos zdołał zapanować nad naszym mieszkaniem – wyjaśnia pośpiesznie, nastawiając ekspres do kawy i rzucając okiem na zegarek. – Musimy się niedługo zbierać, ale ty się nie krępuj, rozgość się, jeden z nas ma dzisiaj wolne, więc dotrzyma ci towarzystwa i wyjaśni co zechcesz – rzuca w pośpiechu. Przysiadam na tatami i przeglądając rozrzucone magazyny o modzie, urodzie, gadżetach oraz te pełne komiksów, obserwuję ukradkiem ich rodzinną krzątaninę. W ich zachowaniu dostrzega się wiele uczuć rodzinnych, niczym pomiędzy kochającymi się, małymi braćmi. Ich niemal dziecięca nieporadność podczas wykonywania prawie każdej domowej czynności w połączeniu z narzuconą na nich zawodową odpowiedzialnością i odgrywaną dorosłością, budzi we mnie dziwnie mieszane wrażenia. Cała trójka z różnych powodów wcześnie opuściła swoje rodzinne domy. Historia każdego z nich mogłaby posłużyć za osobną opowieść pełną dramatycznych zwrotów akcji. Patrząc na to, jak funkcjonują, nie mogę powstrzymać się, aby nie patrzeć na nich jak na zagubione dzieci w zimnym świecie dorosłych. Ich celem jest wieczna zabawa, choć jednocześnie muszą chodzić twardo po ziemi, aby przetrwać. Przemykając się po kuchni szturchają się niczym dzieciaki, śmieją i żartują, ale gdy rozmawiają ze mną o pieniądzach i pracy, są wyrachowanymi biznesmenami, nie żywiącymi żadnych sentymentów dla swoich klientek. W ich świecie wszystko jest na sprzedaż. I wszystko jest zabawą.

Wielki biznes


Przechadzając się ulicami w centralnej części tokijskiej dzielnicy Shinjuku, słynącej z wielobarwnej oferty rozrywek wszelakich, trudno nie zauważyć wielkich bilbordów wypełnionych gładkimi twarzyczkami gwiazd z host clubów. Ci chłopcy nie są jakimiś tam anonimowymi pracownikami w nocnych klubach, lecz prawdziwymi gwiazdami: pojawiają się w telewizji, występują w reklamach, sygnują swoimi nazwiskami produkty, piszą książki. Są pożądanymi gwiazdami, dostępnymi dla każdej, przechodzącej obok klubu, spragnionej uczuć kobiety. Z punktu widzenia klienta ich życie jest wspaniałą przygodą i wieczną zabawą, jednak od kuchni niekoniecznie tak to wygląda. Nie od dziś wszak wiadomo, że tam gdzie chodzi i wysokie stawki, tam pojawia się również silna konkurencja. Są też pułapki.

Wypijmy za błędy


System obsługi klientek funkcjonujący powszechnie w tokijskich host clubach jest bardzo prosty. To klientka wybiera, który z hostów ma jej dotrzymywać towarzystwa i choć przy pierwszej wizycie nie musi jeszcze podejmować tej decyzji, to jednak później zazwyczaj „wiąże się” z jednym z nich i od tej chwili to on będzie „jej dyżurnym mężczyzną” w tym przybytku flirtu. Spotkania odbywają się w stylowo zaprojektowanych lokalach pełnych stolików, przy których następuje konsumpcja alkoholu. Kupienie alkoholu dla siebie i towarzyszącego młodzieńca jest warunkiem koniecznym, gdyż w ten właśnie sposób „kupuje się czas” obsługi. To prosty system, który powoduje, że popularność danego hosta automatycznie przekłada się na zarobki, gdyż host ma udziały w każdej sprzedanej porcji alkoholu, który konsumuje wraz ze swoją klientką. – Nietrudno się domyślić, że codzienne spożywanie alkoholu w takich ilościach ma swoje negatywne skutki – wyjaśnia mi po zawiłym tłumaczeniu realiów swojej pracy poznany host. – Każdy radzi sobie z tym na swój sposób, jedni popadają w alkoholizm, inni regularnie odwiedzają toalety, aby pozbyć się zawartości żołądka. Pojawiają się też host cluby oferujące alternatywę w postaci drinków bezalkoholowych z wyższą prowizją, aby zachęcić do zmiany nawyków. Nie da się jednak ukryć, że alkohol jest problemem w tej branży. – Kończy z kwaśną miną. – Bo wszystko w życiu ma swoją cenę – dodaje filozoficznie po chwili. To tylko zaostrza mój apetyt. Postanawiam przyjrzeć się zjawisku japońskich host clubów znacznie dokładniej. (…)

(więcej opowieści m.in. o japońskich host clubach i pracujących tam młodzieńcach, będziecie mogli przeczytać w powstającym właśnie drugim tomie książki z serii „Japonia oczami fana”)

sobota, 5 lipca 2014

Konwent Magnificon eXpo 2014

Nareszcie miałem okazję zagościć na krakowskim konwencie Magnificon i spotkać się na nim z miłośnikami szeroko pojmowanej, współczesnej Japonii. Spotkanie było bardzo sympatyczne, padło wiele ciekawych i oryginalnych pytań, wybuchały również interesujące dyskusje. Mówiąc zatem w skrócie: warto było się z Wami spotkać i mam nadzieję, że nie było to nasze ostatnie spotkanie w Krakowie. Dziękuję z całego serca, pozdrawiam i do zobaczenia!

Poniżej przedstawiamy filmowy skrót półtoragodzinnego spotkania z serii "Japonia oczami fana", jakie odbyło się na krakowskim konwencie Magnificon eXpo, 31 maja 2014. Będzie tu mowa m.in. o zakupach fanowskich w Tokio, obmacywaniu w metrze i woniejących gajdzinach. Miłego oglądania!


wtorek, 27 maja 2014

Konwent Sakurakon 2014


Już po raz drugi miałem przyjemność gościć na opolskim konwencie Sakurakon, który jak zwykle ujął mnie swoim kameralnym klimatem i sympatycznymi reakcjami uczestników. Z powodu niezbyt sprzyjającej pogody dotarliśmy na miejsce dosłownie w ostatniej chwili, aby znowu spotkać się z Wami i porozmawiać o tym, co nas interesuje najbardziej - Japonii. Było przesympatycznie, za co Wam bardzo dziękuję i mam nadzieję, że spotkamy się jeszcze nie raz. Poniżej znajdziecie nagrane fragmenty naszego spotkania. Miłego oglądania!


piątek, 16 maja 2014

Spotkanie ze współczesną Japonią w bibliotece w Sieradzu

 
Dzięki uprzejmości przemiłych ludzi z Powiatowej Biblioteki Publicznej w Sieradzu, mieliśmy okazję spotkać się, aby porozmawiać o współczesnej Japonii, kraju który wielu z nas fascynuje, zadziwia i zapada w pamięci. Mam nadzieję, że również nasze spotkanie było choćby po części dla wszystkich uczestników właśnie takie: fascynujące i warte zapamiętania. Atmosfera była wspaniała i jest mi niezmiernie miło, iż mogłem się z Państwem podzielić swoimi wrażeniami i informacjami na temat Kraju Kwitnącej Wiśni. Zapraszam do obejrzenia filmowego skrótu oraz na kolejne nasze spotkania. Do zobaczenia!

 

czwartek, 8 maja 2014

Nie samym sushi samuraj żyje czyli o japońskiej kuchni bez surowizny


Większość z nas poproszona o wymienienie jakiejkolwiek japońskiej potrawy, prawdopodobnie natychmiast odpowie – sushi. I zazwyczaj na tym wyliczanka się kończy, bo trudno nam wskazać cokolwiek innego, co nie kojarzyłoby się z surową rybą lub owocami morza. A ilu z was wie, że Japończycy, tak poza wszystkim, są wytrawnymi mięsożercami?


Schabowy po japońsku


Nie, nie będę robił wykładów o sławnych japońskich krowach masowanych przy użyciu sake i pojonych piwem z butelek wielkości torped z pancernika Yamato. Skoncentrujmy się raczej na tym, co potem z tego wynika, jeśli chodzi o kulinarne wyczyny japońskich kucharzy. A te są naprawdę warte zachodu. Na początek zacznijmy od czegoś, czego przybywając do Japonii spodziewamy się na naszym talerzu najmniej– wieprzowiny. Ta jest w Japonii powszechna i występuje w wielu formach. Jedną z najpopularniejszych jest tonkatsu, czyli kotlet schabowy w chrupiącej panierce, krojony w poręczne paski i podawany zazwyczaj w towarzystwie białej kapusty oraz tworzonej na bazie megapopularnej w Japonii pasty sojowej, zupy miso. To danie można zjeść w Japonii praktycznie wszędzie, a jest to zaledwie mięsna przygrywka do całej symfonii tego typu potraw.


Mięso na ostrzu


Japończycy uwielbiają wszelkiego rodzaju drobne przekąski, zwłaszcza w akompaniamencie alkoholu. Siedzę wieczorem wraz z moim japońskich znajomym w jednym z barów zwanych izakaya (czyt. izakaja). Wokół tłumek salarymanów, czyli etatowych pracowników japońskich korporacji, racząc się wyśmienitą japońską sake oraz piwem, podjada smaczne zakąski, wśród których, akurat tutaj, króluje yakitori (czyt. jakitori) przygotowywane na bieżąco przez właściciela baru. Jest to niezwykle poręczna potrawa, gdyż nie wymaga sztućców. Yakitori to nabite na niewielki patyczek kawałki kurczaka, tradycyjnie opiekane na węglu drzewnym (a nietradycyjnie – na gazowym lub elektrycznym) i podawane ze specjalnym sosem. Potrawa ta wydaje się być bardzo kompatybilna z naszymi podniebieniami, pod warunkiem, że zrozumiemy japońską ideologię jedzenia kurczaka. W Japonii bowiem szaszłyk z kurczaka to nie tylko samo jego mięso, ale dosłownie – cały kurczak. Tutaj nie marnuje się niczego. I tak oto na naszym patyczku znajdziemy kawałki mięsa, często w towarzystwie ładnie opieczonych skórek, a nawet chrząstek. Te ostatnie jadane są w Japonii powszechnie ze względu na zawartość niezwykle popularnego tu kolagenu, który wielu uznaje za cudowny środek na wiecznie młodą skórę i stawy. Zapewniam też, że w połączeniu z pysznymi japońskimi sosami te części kurczaka smakują wyśmienicie. Ale rzecz jasna na tym nie koniec, yakitori bowiem występuje w różnych wersjach. Pomijając dodatki warzywne, takie jak grzyby, por lub paprykę, równie łatwo możecie natknąć się na nabite na patyczki mielone mięsne kuleczki, podroby (zwłaszcza wątróbkę), a także same opiekane, chrupiące skórki. Yakitori to doskonały dodatek do sake i zimnego, japońskiego piwa.


Mielona pijana krowa


Japońska kuchnia należy do jednej z najlepszych na świecie. Dostępne tu składniki, zapachy i smaki, zniewolą wasze kubki smakowe i uzależnią od bodźców organoleptycznych, których wasz mózg już nigdy nie zapomni. Dlatego też z mieszanymi uczuciami podchodzę do idei objadania się w Japonii pospolitymi hamburgerami, gdy wokół czeka na nas tak wiele wybitnie smacznych doznań. Nie ulega jednak wątpliwości, że przybywający do Japonii mięsożerca z Zachodu, nawet ten rozkochany w tutejszej kuchni, w końcu zapragnie wgryźć się w zadek sławnej, japońskiej wołowiny. Może nie od razu tej najsławniejszej, której porcja kosztuje mniej więcej równowartość co najmniej dziesięciu kilogramów przeciętnej polskiej wołowiny, ale jednak nienajgorszej. Najprostszą opcją na wgryzienie się w krowi zadek w Japonii jest oczywiście trywialny i w tym niezwykłym kulinarnym otoczeniu niemalże wulgarny, hamburger. Taka opcja również tu istnieje, gdyż powojenna młodzież, zapatrzona w amerykański styl życia, dała się namówić na zmianę swoich upodobań kulinarnych, czego efekty w Japonii widać do dzisiaj. Japończycy jednak nie byliby sobą, gdyby i tutaj nie wykazali się kreatywnością i dbałością o jakość. Oczywiście możemy tu zjeść taniego hamburgera za kilka złotych w jednej z popularnych tutejszych sieci serwujących fast food w stylu amerykańskim, ale wystarczy się odrobinkę rozejrzeć, aby w samym tylko Tokio napotkać mnóstwo miejsc w których hamburger traci swą uliczną przyziemność. Nie jest zatem problemem zjedzenie dobrego hamburgera w pszennej bułce z dodatkami, jednak równie powszechny jest tu hamburger podawany w ciemnym mięsnym sosie w formie klasycznego drugiego dania w towarzystwie zapiekanych ziemniaków, warzyw i innych dodatków (patrz: np. sieć restauracji Jonathan`s). A co znamienne, nie jest to zbyt duży wydatek, bo takie pełne danie można w Tokio zjeść już za równowartość 30-40 złotych. A dlaczego tak tanio? A to już zupełnie inna historia, związana z niezwykłym zamiłowaniem Japończyków do jedzenia…


Uczta drapieżnika


Jest takie słowo w kulinarnym języku Japonii, które powoduje naelektryzowanie włosków na karku u każdego maniakalnego mięsożercy. To słowo to yakiniku (czyt. jakiniku). Brzmi niewinnie, ale zapewniam, że niewinne nie jest, zwłaszcza w oczach wegetarian i wegan. Niektórzy nazywają to „japońskim grillem” i częściowo mają rację, bowiem w tym daniu chodzi tak naprawdę o dwie rzeczy: jedzenie grillowanego mięsa i popijanie go zimnym piwem. Proste jedzenie dla prostych ludzi, choć zważywszy na wysokoprocentową zawartość mięsa, nie należy ono do najtańszych. Od grillowania w stylu amerykańskim uprawianym w przydomowym ogródku różni go między innymi to, że w tej wersji nie ma ogródka, bowiem to danie jada się ze znajomymi w tematycznych barach i restauracjach wyposażonych w specjalne stoły, w których centralnej części umieszczony jest w wielkim otworze grill. Ten dziwny wydawać by się mogło zabieg bardzo nam się przydaje w dalszej części konsumpcji, ponieważ yakiniku to jedno z tych japońskich dań, które przygotowujemy sobie sami. Procedura jest bardzo prosta. Odpowiednio przygotowany zestaw mięs zamawiamy u obsługi, aby następnie dostać je przygotowane na dużym talerzu. Reszta już zależy od nas. Za pomocą wielkich szczypiec kładziemy kolejne kawałki mięsa na lizanych płomieniami metalowych kratkach, a następnie maczając je w aromatycznym sosie i w towarzystwie dodatków, pochłaniamy aż do całkowitego zaspokojenia swojego prymitywnego głodu miejskiego łowcy. To naprawdę proste. I bardzo smaczne.


A gotuj sobie sam!


Jak wspomniałem wcześniej, w kuchni japońskiej odnotowano obecność potraw, w których przygotowaniu bierze czynny udział konsument. Jednym z bardziej znanych tego typu dań jest swojsko brzmiące shabu-shabu, które na pierwszy rzut oka przypomina koszmar głodnego Kowalskiego, błagającego o porządną sztukę mięsa podczas postnego obiadu. Swoją drogą skojarzenie shabu-shabu (czyt: siabu-siabu) z polskim obiadem nie jest znowu takie przypadkowe, bowiem trudno tu nie dostrzec pewnych podobieństw do rodzimego rosołu. Jednak jak powszechnie zwykło się uważać: w Japonii „wszystko robi się na odwrót”, a zatem i tutaj nie chodzi o spożywanie wywaru, lecz zanurzanych w nim składników. W tym daniu miejsce grilla na środku stołu zajmuje radośnie bulgoczący kociołek pełen aromatycznego „rosołowego wywaru”. Do naszej dyspozycji zostają oddane bardzo (!) cienko pokrojone kawałki mięsa, najczęściej wołowiny i wieprzowiny (ale zdarzają się też inne rodzaje mięs). Aby posiłek nie był monotonny wizualnie i smakowo wraz z mięsem podane zostają również warzywa, takie jak: cebulka, marchew, kapusta pekińska oraz suszone algi morskie, grzyby i tofu. Wybrane przez siebie dodatki wrzucamy do wolniutko gotującego się wywaru, natomiast niezwykle cienkie plasterki mięsa zanurzamy za pomocą specjalnych, długich pałeczek we wrzącym kociołku tylko na kilka sekund, aby zaraz potem znowu zanurzyć ugotowany już kawałek w przepysznym chłodnym sosie i pochłonąć go ze smakiem. Niektóre z warzyw można potraktować podobnie, a niektóre wymagają dłuższej kąpieli w tym niezwykle smacznym jacuzzi. Dodać tutaj należy, iż zazwyczaj również dosyć kosztownym.


Omlet z ryżem


Japończycy uwielbiają kurze jajka i tego również wam w Japonii nie zabraknie. Pomijając dostępne w prawie każdym japońskim sklepie spożywczym gotowe do spożycia jaja na twardo o różnych stopniach ścięcia żółtka, Japończycy zdają się pałać równie wielkim zamiłowaniem również do omletów. Ale, rzecz jasna, nie takich do jakich przyzwyczaiła nas nasza rodzima kuchnia. Kluczowym słowem dla tego jajcarskiego dania jest omurice, które powstało z połączenia dwóch słów: omlet i ryż. Danie to wygląda jak żółty sterowiec Hindenburg, wewnątrz którego upchnięto ugotowany ryż. A żeby podkreślić dramatyzm skojarzenia, całość polewa się krwistoczerwonym keczupem. Tak wygląda podstawowa wersja tego prostego i sycącego dania, istnieją jednak również jego bardziej wyszukane wersje. Jedną z najczęstszych modyfikacji jest obecność w nadzieniu, obok samego ryżu, siekanego mięsa z kurczaka oraz warzyw. Również keczup bywa zamieniamy na inne, bardziej wyszukane sosy. Barów i restauracji serwujących ryż zawinięty w omlet znajdziemy w Japonii naprawdę sporo, a przy tym jest to danie proste, pożywne i tanie.


Mariko gotuj pierogi!


To danie również może wydać wam się swojskie, gdyż szukając analogii do potraw znanych w Polsce, można bez wahania powiedzieć, iż gyoza (czyt. gjoza) to rodzaj mięsnych pierogów. Pierożki gyoza przygotowuje się w Japonii najczęściej z nadzieniem wieprzowo-warzywnym i podaje w towarzystwie klarownego kwaśno-pikantnego sosu. Te przepyszne pierożki są w Japonii bardzo popularnym i tanim daniem, które można zjeść w wielu barach i restauracjach, jak również kupić gotowe do podgrzania w wielu sklepach spożywczych. Pierożki gyoza łączą w sobie kilka fantastycznych cech, dzięki którym na pewno je pokochacie. Pierwszą z nich jest przepyszne, aromatyczne nadzienie. Drugą, sposób obróbki cieplnej, który polega na uprzednim krótkim uduszeniu pierożków w śladowej ilości przyprawionej wody, a następnie przysmażeniu z jednej strony aż do uzyskania fantastycznej, aromatycznej i chrupiącej powierzchni. Pierożki gyoza wspaniale kontrastują z rześkim w smaku sosem w którym je maczamy. Chrupiące delicje.


Rosół doskonały


Jeśli wydaje wam się, że wszystko już wiecie o rosole, to macie rację – wydaje wam się. Japończycy mają bowiem coś, co nadaje wywarowi z mięsa i warzyw wyjątkowego wymiaru. To cudo, kochane w Japonii jak kraj długi i szeroki, zwie się ramen. Brutalnie upraszczając można by rzec, iż ramen to rosół z dodatkami i generalnie jest to prawdą, jednak takie uproszczenie nie jest w stanie oddać całego geniuszu tej potrawy-zjawiska. Ramen nie posiada jednego, sztywnego przepisu, lecz posiada wiele odmian i wariacji. Praktycznie każdy kucharz gotujący ramen, ma swój własny, zmodyfikowany przepis, który utrzymuje w tajemnicy. Główna zasada gotowania ramenu jest jednak bardzo prosta. Generalnie rzecz ujmując, ramen powstaje na bazie aromatycznego, gotowanego przeważnie całą noc wywaru z kości wieprzowych, drobiu oraz wieprzowiny i podawany jest w miseczkach pełnych długiego makaronu z takimi dodatkami jak: plastry gotowanej wieprzowiny, pędy bambusa, jajka na twardo (lub półtwardo), chrupiące wodorosty, kapusta, kiełki, zielona cebula, rzodkiew, gotowana ryba, owoce morza oraz inne, zależnie od rodzaju, dodatki. Sam wywar również może ulegać znacznym zmianom od klarownego o delikatnym smaku (najczęściej podawany w Tokio), po przypominający żurek, pełen zdecydowanych aromatów grzybów, czosnku i chili. Ramen stał się wyjątkowo popularny w Japonii po drugiej wojnie światowej, gdyż dzięki różnorodności bardzo pożywnych składników oraz niskiej cenie, stał na pierwszej linii frontu w walce z niedoborem żywności, powszechnym w zniszczonej wojną japońskiej gospodarce.

Czy o czymś zapomniałem? Nie, absolutnie o niczym. Za to bardzo wiele pominąłem, gdyż nie sposób w jednym tak krótkim wywodzie podsumować wszystkie ciekawe japońskie potrawy, choćby tylko mięsne. Jakaś smaczna myśl na deser? Chyba tylko taka, że jadąc do Japonii, nie musicie się obawiać „głodowania” z powodu braku swojsko wyglądających i smakujących potraw. I niech was sushi tylko po sake.

MrJediTV (YouTube)


Drogi Widzu - możesz również zasubskrybować filmy z serii "Japonia oczami fana" na YouTube. Od tej chwili będziesz powiadamiany o każdej nowości! To bardzo wygodna i prosta w użyciu opcja - kliknij przycisk "Subskrybuj"!

MrJediTV2 (YouTube)