愛日本者の目で見る日本

niedziela, 5 października 2014

Mit uległej Japonki czyli kto naprawdę trzyma za portfel w japońskiej rodzinie?

Wieczorne tokijskie ulice jarzą się od kolorowych świateł wszechobecnych neonów. Siedzę wraz z grupką salarymanów, czyli etatowych pracowników japońskich korporacji, w jednym z popularnych barów izakaya, serwujących alkohole i zakąski. – Kończę na dzisiaj, wyczerpałem dzienny budżet – mówi jeden z nich, szukając portfela. – Żona przycięła kieszonkowe? – pyta drugi, wywołując salwę śmiechu. – A nie masz żadnego sekretnego budżetu? – pyta trzeci całkiem poważnie. – Właśnie wyczerpałem oba – dodaje nieszczęśnik z kwaśną miną, co spotyka się z milczącym zrozumieniem reszty grupy.

Tradycyjna głowa rodziny


Japońskie społeczeństwo, mimo wielu zmian jakie w nim zaszły, zwłaszcza przez ostatnie dwie dekady, nadal pozostaje tworem niezwykle sztywnym i zhierarchizowanym. Mimo pęknięcia z końcem lat 80. XX wieku japońskiej „bańki ekonomicznej”, która zapewniała obywatelom dozgonne zatrudnienie w jednej firmie oraz wysokie dochody, japoński mężczyzna w tradycyjnym układzie nadal pełni funkcję jedynego żywiciela rodziny. A zatem teoretycznie, zgodnie z oficjalnie przyjętą hierarchią, to on jest najwyżej postawionym członkiem rodziny. Tyle teorii, bo trudno sprawować władzę komuś, kogo praktycznie nigdy nie ma go w domu. Ta przechodzi w ręce „zarządcy”, czyli pani domu. A co z tego wynika w praktyce?

Wybór znowu padł na jeden z tokijskich barów, w których japońscy mężczyźni kończą swój dzień pracy. Tym razem siedzimy we dwóch, ja i mój znajomy salaryman. To najlepszy moment, aby porozmawiać z Japończykiem o bolączkach dnia codziennego, choć i wtedy często trudno oczekiwać pełnej otwartości do jakiej przywykliśmy na Zachodzie. Etatowy pracownik japońskiej korporacji to najczęściej człowiek wiecznie zajęty, zestresowany i rzadko bywający w domu. Oczywiście można to próbować obejść, nie zostając w firmie po godzinach i nie biorąc udziału w wieczornych spotkaniach z kolegami z pracy, ale wtedy nie ma co liczyć na awans, premie, podwyżki, a nawet w skrajnych przypadkach stracić posadę z powodu niewystarczającego zaangażowania w pracę i firmową społeczność. A zatem dla większości ubranych w garnitury korporacyjnych etatowców, jakich mnóstwo każdego dnia można ujrzeć na ulicach Tokio, wieczorne spotkanie przy sake lub japońskim piwie, jest jedyną sposobnością na odstresowanie i szczerą rozmowę. – Zarządzaniem domowymi finansami, to zadanie żony – tłumaczy mi mój rozmówca, czterdziestoletni pracownik firmy spedycyjnej. – Mężczyzna nie ma na to czasu, jego zadaniem jest zarabianie na utrzymanie rodziny – wyjaśnia. – Wszystkie wydatki planuje pani domu, wydzielając również każdego ranka mężowi drobne na lancz, przejazdy i inne drobne potrzeby – mówi, stukając palcem w leżącą na stole paczkę papierosów. – I to wystarcza? – pytam zaciekawiony. – Nie – odpowiada śmiejąc się – trzeba jeszcze jakoś zorganizować parę jenów na wieczorne spotkania z kolegami z pracy.

Tradycyjna szyja rodziny


Niektórzy zwykli żartować z japońskich mężczyzn, że co prawda są oni głowami rodziny, ale każdą głową porusza szyja, którą jest pani domu. Bardziej uszczypliwi stwierdzają wręcz, że mąż jest płatnym pracownikiem, który otrzymuje pensję od żony w postaci codziennego „okozukai”, czyli jak niektórzy to nazywają, „kieszonkowego”. Pozycja żony, jako osoby zarządzającej rodzinnymi finansami jest tak mocno ugruntowana w japońskim społeczeństwie, że w wielu przypadkach nawet wtedy, gdy oboje małżonkowie pracują, to nadal żona jest pierwszą kandydatką na „domowego zarządcę”. Japońskie społeczeństwo jednak ulega przemianom, a nowe pokolenia coraz częściej przełamują stare schematy. Z najnowszych badań wynika, że obecnie ten tradycyjny układ ulega powolnemu zanikowi i już tylko w połowie japońskich domów to kobieta sprawuje kontrolę nad finansami. W trzydziestu procentach współmałżonkowie dzielą to zadanie, a tylko w dwudziestu procentach domowymi finansami zajmują się mężczyźni. To ostatnie może mieć z kolei związek z innym zjawiskiem objawiającym się tym, iż we współczesnej Japonii młodzi mężczyźni coraz rzadziej decydują się na poświęcanie swojego życia karierze zawodowej, za to kobiety coraz częściej zastępują ich w tej roli. Efektem tychże zmian jest między innymi drastyczny spadek przyrostu naturalnego, nad którego konsekwencjami ekonomicznymi łamią sobie głowy najtęższe umysły w Japonii. Wygląda na to, że konserwatywne japońskie społeczeństwo ulega przemianom, których skutki trudno w tej chwili przewidzieć.

Pani i władca


Spotkanie z Kaori, trzydziestoletnią panią domu z przedmieść Tokio, zorganizowała mi moja japońska znajoma. Byłem niezmiernie ciekaw, jak ta sytuacja prezentuje się z drugiego punktu widzenia. – W Japonii nie ma wspólnych kont, dlatego jeśli to żona zarządza finansami, to naprawdę oznacza to całkowitą kontrolę – wyjaśnia ze szczerym przekonaniem. – Jednak to jest konieczne, bo ja pracuję tylko dorywczo i mam więcej czasu niż mąż, aby zająć się dodatkowymi sprawami – tłumaczy. Nasza rozmowa siłą rzeczy wchodzi w obszar liczb, a te szybko potwierdzają to, czego zdołałem się dowiedzieć w rozmowach z męską częścią japońskiego społeczeństwa. Według oficjalnych danych, średnia kwota wydzielanych przez małżonki okozukai wynosi około czterdziestu tysięcy jenów miesięcznie, co daje około półtora tysiąca jenów na dzień. Przeliczając na złotówki to spora kwota (ok. 45 pln wg kursu z końca 2013 roku), ale biorąc pod uwagę na co musi wystarczyć w mieście takim jak Tokio, trzeba dysponować nią ekstremalnie oszczędnie, aby wystarczyła na podstawowe potrzeby pana domu. Pamiętajmy jednak, że jest to kwota średnia i w praktyce często niższa. – Na co właściwie wydawane są te pieniądze? – staram się wyciągać trochę szczegółów. Moja rozmówczyni zamyśla się w typowo japoński sposób, wydając kilka mrukliwych dźwięków sygnalizujących proces intensywnego główkowania. – Hmm… przede wszystkim to pieniądze na posiłek i rachunek telefoniczny, ale jeśli mężczyzna dobrze zarządza swoim okozukai, to wystarczy mu również na inne rzeczy – dodaje, zabawnie nadymając policzki. Zajmuje mi chwilę, aby uzyskać niejasne podpowiedzi, iż w tak zwane „inne rzeczy” wliczają się między innymi: alkohol, tytoń, fryzjer, odzież, rozrywka, muzyka, książki i czego tam jeszcze potrzeba zapracowanemu salarymanowi. Trudno mi uwierzyć, że tak niewielka kwota może na to wszystko wystarczyć, dlatego poruszam kwestię hesokuri, czym wywołuję jedynie krótki chichot mojej rozmówczyni. Hesokuri to w wolnym tłumaczeniu „sekretne oszczędności” i w powszechnym przekonaniu najczęściej posiadają je żony. Są to pieniądze „na czarną godzinę” lub „na wyjątkowe przyjemności”, jednak oficjalnie nie istnieją i tym samym nie bierze się ich pod uwagę w podliczaniu domowego budżetu. Ocenia się, że około 55% japońskich żon posiada takie dodatkowe środki. Zdarza się również, że takowe „utajnione oszczędności” posiadają również mężczyźni, co pozwala im łatać dziury w osobistym budżecie lub wydać je na dodatkowe przyjemności, o których żona niekoniecznie powinna wiedzieć. Jednak w nowoczesnych japońskich małżeństwach, gdzie oboje małżonkowie zarządza finansami, takie ukrywane środki zdarzają się rzadziej i ustępują polityce absolutnej przejrzystości finansowej. Niemniej jednak mimo tych wszystkich zmian, póki co to nadal japońskie kobiety dominują w kontrolowaniu domowych wydatków. No dobrze, a jak do tego wszystkiego ma się wciąż żywy mit o uległej żonie?

Uległa i oszczędna


W Japonii wciąż zdaje się funkcjonować mit żony absolutnie we wszystkim posłusznej mężowi. Tak przynajmniej wygląda to z bardziej tradycyjnego punktu widzenia. Żona cicha, uległa i wspierająca swojego męża również na płaszczyźnie zawodowej, zdaje się kontrastować z wizją małżonki trzymającej silną ręką całą rodzinę i mającą wpływ na wszystkie decyzję rodzinne. – Och, jeśli się dokładniej przyjrzeć japońskiemu społeczeństwu, obie te opcje wcale nie muszą się wykluczać – wyjaśnia mi mój znajomy Europejczyk, który poślubił Japonkę. – Władzę można sprawować wcale się z tym nie afiszując – stwierdza z uśmiechem. – Oczywiście pomijam tu tradycyjne japońskie teściowe, bo te faktycznie potrafią korzystać ze swojej władzy bez zabawy w półśrodki, zwłaszcza gdy mowa o tradycyjnych, wielopokoleniowych rodzinach mieszkających wspólnie i prowadzących rodzinny interes – zachichotał jednocześnie sugerując, że doświadczył tego na własnej skórze. – Japońskie społeczeństwo ulega przemianom, ale tradycyjne elementy wciąż mają na nie niezwykle silny wpływ  - kontynuuje. – Przykładów można by podawać wiele, ot zapewne słyszałeś o słynnej żonie Yamauchi Kazutoyo, znanego wojownika żyjącego na przełomie XVI i XVII wieku, który dzięki wsparciu i oszczędności swojej żony otrzymał od niej wspaniałego rumaka, dzięki któremu odniósł wiele spektakularnych zwycięstw i stał się powszechnie znanym, szanowanych i zamożnym człowiekiem – pokiwał głową, widząc jak się uśmiecham. – Tylko mi nie mów, że współcześni salarymani również liczą na tak wspaniałomyślne wsparcie swoich połówek – tym razem to ja zachichotałem. – Oczywiście, że nie, ale oszczędność japońskich żon to nie mit – dodaje na przekór mojemu ironicznemu nastawieniu. – Same sobie również ściśle wyznaczają budżet na drobne wydatki i przyjemności, jak na przykład spotkanie z koleżanką na kawie, czy też wizyta u kosmetyczki – i natychmiast dodaje, widząc moją rozbawioną minę – ale ocenia się, że dzięki takiemu podejściu, przeciętna japońska rodzina dysponuje odłożonymi na koncie oszczędnościami średnio w wysokości dwudziestu milionów jenów czyli sześciuset tysięcy złotych – czym skutecznie gasi mój uśmiech, który zamienia się w wyraz niedowierzania.

Między nami facetami


Wizyta w nocnym barze nieco nam się przeciągnęła. Moi japońscy towarzysze zdążyli już osiągnąć stan odpowiedniego upojenia, więc nasze dyskusje stały się o wiele luźniejsze niż się tego początkowo spodziewałem. – Wiesz, Pabeu-san – nachylił się do mnie trzydziestopięcioletni analityk, który przed chwileczką pozbył się jednym szarpnięciem swojego krawata – japońskie kobiety są chwilami przerażające – stwierdził, kiwając bardzo już luźną główką. – Niby są delikatne i wydaje ci się, że je znasz, ale gdy przychodzi co do czego, potrafią nieźle zajść za skórę – pokiwał z widocznym znawstwem tematu. Cóż, każdy mit ma dwie strony medalu, zarówno tę prawdziwą, jak i mityczną.

poniedziałek, 7 lipca 2014

Miłość na sprzedaż czyli jak młody samuraj zostaje gejszą

Spacerując wieczorową porą jedną z klimatycznych, tokijskich uliczek w dzielnicy Shinjuku, widzę rozpromienioną parę. On młodszy, dosyć nieporadnie próbuje udawać nonszalanckiego gentlemana, ona nieco starsza, rozentuzjazmowana, niemal wisząc mu na ramieniu, zasypuje go lawiną słów, przerywanych dziewczęcym śmiechem. Nie jest to typowa, japońska para. Wszystko się wyjaśnia w momencie, gdy oboje wchodzą do jednego z tutejszych host clubów.

Ostatnie dwie dekady zostawiły na japońskim społeczeństwie bardzo wyraźny ślad. Gdy z końcem lat 80. XX wieku pękła zapewniająca dobrobyt i bezpieczeństwo dozgonnego zatrudnienia japońska bańka ekonomiczna, zaczęły też pękać dotąd nienaruszalne struktury społeczne. Spadła liczba zawieranych związków małżeńskich oraz urodzin. A wszystko dlatego, że japońscy mężczyźni zaczynają coraz częściej mieć dość odgrywania roli jedynych żywicieli rodziny, spędzania całych dni w pracy, a kobiety bycia schematycznymi gospodyniami domowymi, poświęcającymi całe życie na wychowywanie dzieci i zajmowanie się domem.

Natury jednak nie da się oszukać. Rosnąca liczba niezależnych finansowo singielek potrzebuje uczuć, a jeśli nie odnajduje ich w związkach, szuka ich na niemającym sobie równych, japońskim rynku usług towarzyskich. To właśnie tutaj, bardzo młodzi, dziecinnie gładcy, mili młodzieńcy, za odpowiednią kwotę, obdarzają japońskie kobiety symulowanymi uczuciami, których te tak bardzo pragną.

Dwa typy mężczyzn


Współczesne Japonki zdają się być rozdarte pomiędzy pragnieniem obcowania z dwoma ideałami mężczyzny: szarmanckim, czasami nawet nieco dzikim, obcokrajowcem, a delikatnym, zamkniętym w sobie Japończykiem, który zdobędzie jej względy naturalnością i szczerością swojego serca. Są to oczywiście bardzo ogólne, niemal karykaturalne schematy myślenia współczesnych Japonek, ale obserwując jak rozwijało się to społeczeństwo w drugiej połowie XX wieku, nie sposób im zaprzeczyć. – Bo widzisz, Pabeu-san – tłumaczy mi moja japońska przyjaciółka, która dzięki temu, że dużą część swojego życia spędziła za granicą, jest w stanie swobodnie rozmawiać na tematy dotyczące japońskiego społeczeństwa. – To wygląda mniej więcej tak, że z jednej strony Japonki, choć wychowywane w przeświadczeniu, że powinny być delikatne i uległe, tak naprawdę są w głębi duszy takimi samymi kobietami jak wszystkie inne i pragną partnera, który się przed nimi otworzy, tak jak one przed nim – tłumaczy, popijając doskonałą, japońską herbatę. – Z drugiej jednak strony, o ile obcokrajowcy z ich punktu widzenia ucieleśniają te pożądane cechy, to jednak generalnie ideałem męża nadal pozostaje ten stonowany, uczciwie pracujący na rodzinę, japoński mężczyzna. Są więc w pewien sposób rozdarte pomiędzy dwoma światami, a chłopcy z host clubów stają się uniwersalnym rozwiązaniem, łączącym w sobie oba elementy. Japoński przemysł rozrywkowy bardzo szybko reaguje na wszelkie zmiany.


Sprzedajemy marzenia


Patrzę na siedzącego przede mną młodzieńca, ledwie dwudziestojednolatka, który wygląda raczej jak nieco niechlujnie przebrany naprędce w kosztowny garnitur piętnastolatek. Oto natura Japończyków, zawsze wydają się o wiele młodsi, niż wskazuje na to ich wiek, przynajmniej z punktu widzenia nas, obcokrajowców z zachodniej części świata. To nie tylko kwestia diety i genów, ale i dojrzałości emocjonalnej.

Chłopak wyciąga z kieszeni wytrenowanym gestem złotą zapalniczkę i z równie teatralnie sztywną, acz perfekcyjnie wytrenowaną manierą, zapala papierosa. Mam wrażenie, jakbym oglądał przedstawienie i faktycznie, tak właśnie jest. Wszystko, co robią ci chłopcy w tokijskich host clubach, to jedno wielkie przedstawienie i oni temu nie zaprzeczają. – Nie ukrywamy, że sprzedajemy marzenia – mówi mi jeden z nich, wypuszczając powoli dym, niczym gwiazda złotego ekranu lat trzydziestych. – Cała sztuka polega na tym, aby stworzyć iluzję w którą ona uwierzy – wyjaśnia bez skrępowania. – Nie można mieć do nas o to pretensji, bo sprawa jest jasna od samego początku, tyle że my nie możemy o tym zbyt otwarcie rozmawiać z naszymi klientkami, bo to zniszczy iluzję. To swoisty rodzaj gry, na który godzą się wszyscy zainteresowani – uśmiecha się z satysfakcją. – Wszystko opiera się na subtelnej równowadze, chodzi o to, aby dać to, czego oczekuje klientka, ale jednocześnie pozostawić swoisty niedosyt z mglistą obietnicą, że następnym razem dostanie więcej i dokładnie to, czego pragnie. Dzięki temu wracają – uśmiecha się, wypuszczając kolejną chmurkę dymu. – Tak to działa – dodaje, wzruszając ramionami.

Mogłabym się dla niego zabić


Żeby pełniej zrozumieć zjawisko japońskich host clubów dla kobiet, spotykam się z jedną z klientek. Niełatwo było do niej dotrzeć, bo Japonki niechętnie mówią o takich sprawach. Jednak dzięki wielotygodniowej pomocy moich japońskich przyjaciół, siedziałem teraz w jednej ze stylowych kafejek naprzeciwko dwudziestodziewięcioletniej mieszkanki stolicy Japonii, która obracając ozdobną filiżankę wypełnioną czarnym, aromatycznym naparem, wpatrzona w nią ślepym spojrzeniem, nieśmiało próbowała ubrać w słowa swoje trudne do opanowania emocje. – Wiele razy powiedziałam mu, że nie mogę bez niego żyć, ale on nigdy nie odpowiedział na moje wyznania w jednoznaczny sposób – tłumaczy przyciszonym głosem. – On nie potrafi zrozumieć, że traktuję go poważnie, a nie jak kolejną przygodę – mówi bardziej do siebie niż do mnie, nie odrywając wzroku od filiżanki. – Ja naprawdę byłabym w stanie się dla niego zabić – mówiąc to po raz pierwszy tego wieczoru spogląda mi w oczy. Jej spojrzenie przez jedną sekundę powoduje, że czuję na karku mrowienie, bo w jej oczach widzę prawdziwą determinację. To oczywiście skrajny przypadek, choć na pewno nie jedyny. W niektórych przypadkach subtelna gra przekracza granice i do głosu wkraczają emocje nad którymi często trudno zapanować. – Boleję nad tym, że nie mogę widzieć go codziennie, bo usługi hostów są bardzo kosztowne – wyjaśnia ze smutkiem. – Wydaję na to większość moich dochodów.

Pieniądze i seks


Nietrudno się domyśleć, że w tym biznesie chodzi o duże pieniądze, ale nie każdy zdaje sobie sprawę, o jak duże. – Nie trzeba się specjalnie wysilać, aby zarobić trzydzieści tysięcy jenów w jeden wieczór – wyjaśnia mi młody host, odpalając kolejnego papierosa. – Bardziej doświadczeni potrafią wycisnąć nawet ponad sto tysięcy co wieczór – dodaje z uznaniem dla swoich bardziej doświadczonych kolegów. Nie trzeba być wybitnym znawcą, aby zrozumieć ten prosty przekaz. Ci młodzi chłopcy pracujący w klubach w Shinjuku są w stanie zarobić w kilka dni bardzo dobrą, miesięczną tokijską pensję. Nic więc dziwnego, że konkurencja jest spora, a czas pracy młodego hosta, bardzo krótki. – Rzecz polega na tym, aby zdać sobie sprawę, że to tylko czasowe zajęcie, a strumień pieniędzy nie będzie płynął wiecznie – dodaje jego starszy kolega, który dołączył do nas z opóźnieniem w środku rozmowy. – Jeśli jesteś mało przewidujący, przepuścisz je wszystkie, ale jeśli potraktujesz to jak inwestycję, po zakończeniu kariery jako host będziesz mógł przeznaczyć zebrane środki na otwarcie własnego klubu, a wtedy twoje zarobki mają szansę wskoczyć na jeszcze wyższy poziom – dodaje z powagą. W tym momencie nie mogę się powstrzymać i zadaję pytanie, które musiało zostać zadane. – To zależy – odpowiada jeden z moich rozmówców. – Seks to kwestia umowna – wyjaśnia. – Generalnie sprzedajemy tylko towarzystwo, flirt, bez kontaktów intymnych. Tu obowiązuje ta sama zasada co w wielu innych rodzajach klubów towarzyskich: czym bardziej ekskluzywny klub, tym większe zakazy obowiązujące w tej sferze. Są jednak kluby, które pozostawiają swoim hostom do pewnego stopnia wolną rękę i nieoficjalnie, poza klubami, możliwe są takie dodatkowe usługi. Przeważnie jednak zawsze robisz to na własne ryzyko. Nie po to przecież kobiety przychodzą do host clubów – wyjaśnia. – Tu chodzi głównie o uczucia. Sprzedajemy marzenia, nic więcej. Seks sprzedaje się gdzie indziej.

Dzieci w wielkim świecie


Siedząc tak i rozmawiając z tymi miłymi chłopcami, wciąż nie mogę wyrzucić z mojej głowy przeświadczenia, że rozmawiam z dziećmi. Zagubionymi dziećmi w zgiełku wielkiego miasta. Tryb życia jaki prowadzą, przypomina jedno wielkie młodzieżowe przyjęcie z przerwami na posiłek i sen. Gdy zapraszają mnie do swojego mieszkanka, które dzielą we trójkę, moje przypuszczenia zostają potwierdzone. Oto wkraczam do lokum pełnego niezaścielonych materaców, walających się po podłodze ubrań, kuchni pełnej niepodomywanych naczyń i resztek niedojedzonych posiłków. – Raz w tygodniu wynajmujemy zawodową sprzątaczkę – wyjaśnia. – Ma klucze i przychodzi w piątki po południu, gdy nas już nie ma, by doprowadzić mieszkanie do porządku. Dzisiaj jest już środa, więc chaos zdołał zapanować nad naszym mieszkaniem – wyjaśnia pośpiesznie, nastawiając ekspres do kawy i rzucając okiem na zegarek. – Musimy się niedługo zbierać, ale ty się nie krępuj, rozgość się, jeden z nas ma dzisiaj wolne, więc dotrzyma ci towarzystwa i wyjaśni co zechcesz – rzuca w pośpiechu. Przysiadam na tatami i przeglądając rozrzucone magazyny o modzie, urodzie, gadżetach oraz te pełne komiksów, obserwuję ukradkiem ich rodzinną krzątaninę. W ich zachowaniu dostrzega się wiele uczuć rodzinnych, niczym pomiędzy kochającymi się, małymi braćmi. Ich niemal dziecięca nieporadność podczas wykonywania prawie każdej domowej czynności w połączeniu z narzuconą na nich zawodową odpowiedzialnością i odgrywaną dorosłością, budzi we mnie dziwnie mieszane wrażenia. Cała trójka z różnych powodów wcześnie opuściła swoje rodzinne domy. Historia każdego z nich mogłaby posłużyć za osobną opowieść pełną dramatycznych zwrotów akcji. Patrząc na to, jak funkcjonują, nie mogę powstrzymać się, aby nie patrzeć na nich jak na zagubione dzieci w zimnym świecie dorosłych. Ich celem jest wieczna zabawa, choć jednocześnie muszą chodzić twardo po ziemi, aby przetrwać. Przemykając się po kuchni szturchają się niczym dzieciaki, śmieją i żartują, ale gdy rozmawiają ze mną o pieniądzach i pracy, są wyrachowanymi biznesmenami, nie żywiącymi żadnych sentymentów dla swoich klientek. W ich świecie wszystko jest na sprzedaż. I wszystko jest zabawą.

Wielki biznes


Przechadzając się ulicami w centralnej części tokijskiej dzielnicy Shinjuku, słynącej z wielobarwnej oferty rozrywek wszelakich, trudno nie zauważyć wielkich bilbordów wypełnionych gładkimi twarzyczkami gwiazd z host clubów. Ci chłopcy nie są jakimiś tam anonimowymi pracownikami w nocnych klubach, lecz prawdziwymi gwiazdami: pojawiają się w telewizji, występują w reklamach, sygnują swoimi nazwiskami produkty, piszą książki. Są pożądanymi gwiazdami, dostępnymi dla każdej, przechodzącej obok klubu, spragnionej uczuć kobiety. Z punktu widzenia klienta ich życie jest wspaniałą przygodą i wieczną zabawą, jednak od kuchni niekoniecznie tak to wygląda. Nie od dziś wszak wiadomo, że tam gdzie chodzi o wysokie stawki, tam pojawia się również silna konkurencja. Są też pułapki.

Wypijmy za błędy


System obsługi klientek funkcjonujący powszechnie w tokijskich host clubach jest bardzo prosty. To klientka wybiera, który z hostów ma jej dotrzymywać towarzystwa i choć przy pierwszej wizycie nie musi jeszcze podejmować tej decyzji, to jednak później zazwyczaj „wiąże się” z jednym z nich i od tej chwili to on będzie „jej dyżurnym mężczyzną” w tym przybytku flirtu. Spotkania odbywają się w stylowo zaprojektowanych lokalach pełnych stolików, przy których następuje konsumpcja alkoholu. Kupienie alkoholu dla siebie i towarzyszącego młodzieńca jest warunkiem koniecznym, gdyż w ten właśnie sposób „kupuje się czas” obsługi. To prosty system, który powoduje, że popularność danego hosta automatycznie przekłada się na zarobki, gdyż host ma udziały w każdej sprzedanej porcji alkoholu, który konsumuje wraz ze swoją klientką. – Nietrudno się domyślić, że codzienne spożywanie alkoholu w takich ilościach ma swoje negatywne skutki – wyjaśnia mi po zawiłym tłumaczeniu realiów swojej pracy poznany host. – Każdy radzi sobie z tym na swój sposób, jedni popadają w alkoholizm, inni regularnie odwiedzają toalety, aby pozbyć się zawartości żołądka. Pojawiają się też host cluby oferujące alternatywę w postaci drinków bezalkoholowych z wyższą prowizją, aby zachęcić do zmiany nawyków. Nie da się jednak ukryć, że alkohol jest problemem w tej branży. – Kończy z kwaśną miną. – Bo wszystko w życiu ma swoją cenę – dodaje filozoficznie po chwili. To tylko zaostrza mój apetyt. Postanawiam przyjrzeć się zjawisku japońskich host clubów znacznie dokładniej. (…)

(więcej opowieści m.in. o japońskich host clubach i pracujących tam młodzieńcach, będziecie mogli przeczytać w powstającym właśnie drugim tomie książki z serii „Japonia oczami fana”)

sobota, 5 lipca 2014

Konwent Magnificon eXpo 2014

Nareszcie miałem okazję zagościć na krakowskim konwencie Magnificon i spotkać się na nim z miłośnikami szeroko pojmowanej, współczesnej Japonii. Spotkanie było bardzo sympatyczne, padło wiele ciekawych i oryginalnych pytań, wybuchały również interesujące dyskusje. Mówiąc zatem w skrócie: warto było się z Wami spotkać i mam nadzieję, że nie było to nasze ostatnie spotkanie w Krakowie. Dziękuję z całego serca, pozdrawiam i do zobaczenia!

Poniżej przedstawiamy filmowy skrót półtoragodzinnego spotkania z serii "Japonia oczami fana", jakie odbyło się na krakowskim konwencie Magnificon eXpo, 31 maja 2014. Będzie tu mowa m.in. o zakupach fanowskich w Tokio, obmacywaniu w metrze i woniejących gajdzinach. Miłego oglądania!


wtorek, 27 maja 2014

Konwent Sakurakon 2014


Już po raz drugi miałem przyjemność gościć na opolskim konwencie Sakurakon, który jak zwykle ujął mnie swoim kameralnym klimatem i sympatycznymi reakcjami uczestników. Z powodu niezbyt sprzyjającej pogody dotarliśmy na miejsce dosłownie w ostatniej chwili, aby znowu spotkać się z Wami i porozmawiać o tym, co nas interesuje najbardziej - Japonii. Było przesympatycznie, za co Wam bardzo dziękuję i mam nadzieję, że spotkamy się jeszcze nie raz. Poniżej znajdziecie nagrane fragmenty naszego spotkania. Miłego oglądania!


piątek, 16 maja 2014

Spotkanie ze współczesną Japonią w bibliotece w Sieradzu

 
Dzięki uprzejmości przemiłych ludzi z Powiatowej Biblioteki Publicznej w Sieradzu, mieliśmy okazję spotkać się, aby porozmawiać o współczesnej Japonii, kraju który wielu z nas fascynuje, zadziwia i zapada w pamięci. Mam nadzieję, że również nasze spotkanie było choćby po części dla wszystkich uczestników właśnie takie: fascynujące i warte zapamiętania. Atmosfera była wspaniała i jest mi niezmiernie miło, iż mogłem się z Państwem podzielić swoimi wrażeniami i informacjami na temat Kraju Kwitnącej Wiśni. Zapraszam do obejrzenia filmowego skrótu oraz na kolejne nasze spotkania. Do zobaczenia!

 

MrJediTV (YouTube)


Drogi Widzu - możesz również zasubskrybować filmy z serii "Japonia oczami fana" na YouTube. Od tej chwili będziesz powiadamiany o każdej nowości! To bardzo wygodna i prosta w użyciu opcja - kliknij przycisk "Subskrybuj"!

MrJediTV2 (YouTube)